— Ależ pani ma ładne pojęcie o sztuce! To dla pani sztuka aktorska to poniżenie? Ładna historia! Co? historia... awantura pośmiertna Adrianny Lecouvreur, której grześć nie chciano w poświęconej ziemi?

— Ale nie to, tylko...

— Że wyszedłem z — towarzystwa? Co? Ale ja mam swoje towarzystwo i to mi wystarcza.

— Wierzę.

— Jaka pani złośliwa!... My pomiędzy sobą nie tylko się bawimy, lecz żyjemy — rozumie pani? — żyjemy pełnią życia.

— I użycia.

Zastanowił się chwilkę nad tym słowem, zbyt śmiałym, które się jej wyrwało w jakimś rozgoryczeniu złośliwym.

— Z pani to musi być numer — wyrzekł wreszcie, a twarz jego przybrała dziwny, lekceważący i ulicznikowski wyraz.

— Dlaczego?

— Bo... e!... wreszcie na to pani „użycie” ja odpowiem pani jednym: Każdy wedle siebie sądzi.