Nie kończy nawet tej myśli.
Spojrzała w lustro.
I zdawało się jej, że teraz na jej oczy padły dwa czarne motyle, tak pociemniały nagle jej źrenice pod wpływem tego słowa.
Zmieszana, odwraca się ku Picie.
Dziecko już ubrane, w czerwonej sukience i popielatych pończochach wygląda jak mak świeżo rozkwitły o szarej łodyżce, na który padł złoty promień słońca jej włosów.
Czuje, że jest śliczna, i dźwiga z godnością zaszczyt swej śliczności.
— Idź, Pito, na dziedziniec... pospaceruj trochę.
Pita wychodzi natychmiast, szczęśliwa z pozwolenia.
Przy drzwiach się zatrzymuje.
— A proszę mamy — pyta — czy jak ten pan aktor do mnie przemówi, czy ja mogę mu odpowiedzieć?