— Naturalnie! sama grzeczność tego wymaga. Jak może Pita się o to zapytywać?

Dziewczynka przez mgnienie oka ma zdziwioną minkę. Z wrodzoną skrytością hamuje ten odruch i układnie wysuwa się z pokoju. Za chwilę słychać, jak wita się z Porzyckim, który siedział na belkach nowo budowanej chałupy i kozikiem wycinał gwiazdy, poprawiając i stylizując „zdobnictwo ludowe”.

Tuśka zwłóczy z ubraniem się. Wyjść jej z pokoju niesporo. Coraz więcej traci wielką pewność siebie przeciętnej warszawianki. Kładzie i zdejmuje muślinowy krawat, na twarz jej wystąpiły wypieki. Puder nie może zetrzeć tych śladów. Tuśka odnajduje w sobie wrażenie pensjonarki. Jest na siebie zła i gniewna. Wreszcie decyduje się wyjść frontem i usiąść na werandzie. Bierze książkę, robotę i wychodzi. Od razu dostrzega panią Warchlakowską, także w białym, pikowym kostiumie. Obszerna dama wygląda jak tłusta kaczka. Złudzenia dopełniają bardzo żółte buciki na rozstawionych szeroko nogach. Pani Warchlakowska ma kapelusz heliotropowego koloru i pozakręcane, a mocno wytłuszczone esy nad czołem. Czeka widocznie na Tuśkę, bo ujrzawszy ją puszcza się pędem w tym kierunku.

— Pani daruje... dwa słowa.

Tuśka wyniośle spogląda spod przymrużonych powiek.

— O co chodzi?

— Zachodzi jakieś nieporozumienie. Panienki moje powiedziały mi, że ten brutal i bezecnik napadł je i zwymyślał. Właśnie chcę iść na skargę do Klimatyki. Ten pan się myli sądząc, że jestem z rzędu tych kobiet, które mają znajomość z aktorami...

— Proszę pani, to...

— Tak... ja i moje córki jesteśmy coś innego i taki pan nie powinien się odważać nawet mówić do nas! Są dla niego inne, odpowiednie damy... Żegnam panią!...

Zakręciła krótką spódnicą. Ukazały się jakieś szydełkowe „tiuliki” dość podejrzanej czystości.