— Wątpię, czy mężuś pani będzie bardzo zadowolony — rzuciła na odchodnym.
Tuśka nie zatrzymywała jej. Weszła na werandę i usiadła na swoim krześle. Rada była, iż uniknęła konieczności robienia tej pani wymówek i rozmazywania tego, co jej córki mówiły.
Usiadła na krześle i usiłowała nie patrzeć na willę Warchlakowskiej. Zarazem jednak czuła, że obecnie „werandowanie” zamiast przynosić jej przyjemne uczucia, będzie ją raczej kosztowało dużo przymusu i przykrości.
Lecz postanowiła nie ustąpić. Skoro wrogi obóz nie ustępował, dlaczegóż ona miała właśnie? Wyprostowała się dumnie i przybrała wyraz ironiczny.
Było jej jednak tak, jakby miała za ciasną i niewygodną sznurówkę.
Z werandy naprzeciw strzelały ku niej trzy pary oczu złośliwie i nie bezskutecznie. „Żydówka, stara aktorzyca” — zdawały się mówić na odległość drogi. Leciały te szkaradzieństwa przez białą wstęgę gościńca, pod rozchwiane smreki, oblane jasnością złotą. I były one ni to żab rechotanie, bo w rechocie żab jest jakaś słodycz szklanej harmoniki, z daleka grającej. Tam nie było nic, tylko brzydactwo natur płaskich, rozlubowanych w dręczeniu istot „grzecznych”...
I to było brzydkie, zwłaszcza w tym słońcu, w tym pięknie, w tym rozleniwieniu letniej rozkoszy, jaką niosą ze sobą łąki szmaragdowe, na których liliowe kwiecia ametystami grają.
Nagle spoza chałupy w podskokach wypadł Porzycki z Pitą. Trzymali się za ręce i pędzili na złamanie karku.
Świr, świr za kominem...
— przyśpiewywał aktor.