Pita zanosiła się od śmiechu.

Twarzyczkę miała różową jak malwa przed oknem dziewczyny. Złote włosy wiewały chmurą peli. Była tak śliczna, że aż Tuśka została uderzona jej wdziękiem. Oczy dziecka błyszczały zdrową, szczerą radością.

Świr, świr za kominem...

Lecz Pita dostrzegła matkę.

Natychmiast zwolniła kroku, poprawiła włosy, przybrała minkę dobrze wychowanej panienki.

Lecz niełatwo było zbić z tropu Porzyckiego. Pociągnął dziewczynkę i w susach wpadli jak wicher na werandę.

— Tak pędzi wiatr halny! — zawyrokował aktor, padając na krzesło.

— Co pan robi?... jakże można! — upominała go Tuśka.

— Co? niby, że to ludzie mogą widzieć? No, więc co? Co to komu zaszkodzi? Czy odbierze mu sławę? Czy wpędzi go w gruźlicę? Czy zrujnuje majątkowo? Czy odbierze mu wiarę? Czy... Co? Prawda, panno Pito?...

Dziewczynka już siedziała na krześle, ale oczy jej jeszcze biegały i uśmiechały się do swego przyjaciela.