Spróbowała się jednak ustroić w pancerz ironii.

— No... żeby pan był tak doskonale wychowany — zaczęła, lecz on jej przerwał szybko:

— E! pani sądzi tylko według form zewnętrznych.

Widzi pani, że siedzę w tej chwili z nogami wyciągniętymi, rękoma w kieszeniach od kurtki, że mówię do pani tonem naturalnym i nie dobieram słów. Co? o to pani chodzi?

— !!!

— Ale wie pani, dlaczego mi to pani wszystko wybacza? Dlaczego pani, taka cacana, taka grzeczna i dobrze ułożona, nie każe mi stąd odejść precz? Bo panią pociąga moja szczerość, i to jest właśnie to doskonałe w moim wychowaniu. Ja mówię „psiakrew”, gdy chcę tak powiedzieć, ale ja nikomu nie nastąpię na duszę podstępnie. Dixi!

Znów patrzył na Pitę i uśmiechał się z lubością do tego krasnego maku na szarej łodyżce, na który padał snop złocistych promieni.

Przez dziedziniec przeszła gaździna.

Szła jakoś lekko i milej niż zwykle. Nie wbijała tak nóg w ziemię, nie niosła swej ogromnej postaci rozgniewanego aszanta ze wściekłą złością. Choć to nie było święto, odziana była wspanialej niż zwykle. Koszulę miała czystą, która odbijała jeszcze straszniej żółtość jej cery. Nowy serdak, z lilią wyszytą na zgarbionych plecach, żółty był, czarnym barankiem podbity. Włosy czarne, wysmarowane, świeciły z daleka jak atłasowa krymka.

Uroczysta była, zadumana i jakby przez anioły niesiona. Wyszła na dziedzińczyk, podniosła rękę, podpatrzyła na drogę, skąpała się w słońcu i stała tak, patrząc głębią czarnych źrenic na smreki dyszące żarem.