— Tak!

— No, to niech pani słucha. To są Complaintes Jules Laforgues’a. On umarł, ale to był najtragiczniejszy ironista na świecie. Błazen odziany w żałobę... Niech pani słucha.

I monotonnie a kunsztownie rzecz Laforgues’a czytać zaczął.

O drzemiących na stawach liliach wodnych, zdziwionych, gdy spod nich wypływa Ofelia, rzecz o fortepianach dźwięczących smutnie w oddalonych dzielnicach, gdy wieczorem deszcz siecze i po szybach źle domkniętych okien spływa, rzecz o umarłych, którzy w noc chmurną biegną szybko do swych dawnych domów i kołacą leciuchno do drzwi, a nikt im nie otwiera...

Przeciwnie, drzwi się szczelnie zamykają.

I o dziewczynach anemicznych, bladych, w których źrenicach turkusy płowieją, a pierś wysycha i marnieje jak kwiaty różowej azalii, bo o te dziewczęta nie zapyta nikt i więdną w suterenach życia, co dzień smutniejsze i cichsze. Cała masa melancholii sunie chmurą dokoła werandy. Tragiczny klown zmarły szepce swe Complaintes i zaćmiewa nimi słońce. Krepę ducha roztoczył, czarne skrzydła rozpiął. I nie ma nic! nic!

Ani jaśni, ani zieleni, ani zapachu żywicy, ani widma szafirowego gór.

Jest wielki, smutny Ból...

Aktor książkę na bok odłożył.

— Piękne? co?