Tuśka patrzała na twarz Porzyckiego i chłonęła w siebie zmianę, jaka w niej zaszła.
Był smutny, prawie się postarzał, lecz z tym smutkiem było mu bardzo pięknie.
— Psiakrew... — wyrzekł jakby do siebie — a to człowiekiem targnie taki pan.
Chwilę siedział zasępiony.
Nagle podniósł głowę, wciągnął w siebie szeroko powietrze, załamał ręce nad czołem i zaczął się śmiać serdecznie.
— Uf!... jak dobrze coś takiego czasem przeczytać. Przez krótką chwilę wrażenie grobu, śmierci, smutku, a potem słońce milsze i życie droższe, i Pita piękniejsza, i pani jeszcze różowsza...
Śmiał się, oddychał, pławił cały w weselu i w słońcu.
Tuśka mimo woli uczuła się porwaną. I jej słońce wydało się więcej złote, życie milsze, a twarz aktora bardzo piękna w kontraście z poprzednią smutną i zgnębioną maską.
Roześmiała się także.
Pita, zwabiona tym śmiechem, weszła na werandę.