— Naturalnie, że nie. Jakże pani chce? Wspólna bieda, prowincja. Gotowała sama na maszynce naftowej. Często nie było co. Zimno! Za kulisami mróz. Ona zawsze dobra, wierna...
— A pan?
— Ja?... było różnie. Ale przeważnie byłem jej wierny...
Oczy aktora przybrały pewien wyraz rozmarzenia. Nie były to czarne motyle, które padały mu chwilami na oczy, przeciwnie, źrenice jego jaśniały, widziały coś w oddali.
— A przecież pan przestał ją kochać... — wyszeptała Tuśka.
— Cóż, miało być na całe życie? — odrzucił już weselej Porzycki. — Cały sezon trwało, aż wreszcie ona dostała engagement gdzie indziej, ja gdzie indziej i skończyło się. Wiadomo... sezonówka...
— Co takiego?
— No, sezonówka, sezonowa miłość... U nas w teatrze liczą się miłości na sezony... teatralne. Mówi się: kochali się pół sezonu, cały sezon, to takie żniwo dla sezonowej miłości...
— !!!
— Och! jakie pani robi oczy! Pani w to nie wierzy? Dokoła aż się roi w taką księżycową noc od flirtów... A to wszystko sans conséquences... pour passer le temps — oktawę. Fortepian otwarty, artysta z nałogu rzuca jeden pasaż. La chose est faite!... Widzi pani. Z kurtuazją, galanterią... Voilà!