Był znów zupełnie pewny siebie, wesoły, rozbawiony.
Ławeczka stała pod oknem.
Osunął się na nią i bardzo wdzięcznie i miło na rękach twarz swoją o krawędź okna oparł.
Tuśka stała wciąż przy stole, oszołomiona, ogłuszona jego werwą, jego pustotą.
Od pewnego czasu w Warszawie zapanowała karawaniarska atmosfera, przemieniająca poprzednie wersalskie flirty w upiorne, fatalne, tragiczne konflikty. Tuśka asystowała z daleka tej przemianie i jak poprzednio przetrawiała „flirt” jedynie w wyobraźni, tak zawsze teraz „rozwiane” i „rozpienione”, „poskłębiane” piekła namiętności pozostawały dla niej jedynie w krainie druku i sceny lub faits divers zanotowanych pośpiesznie w wiadomościach dziennikarskich. Nie miała jednak nigdy wielkiego pociągu do owych farandoli śmiertelnych. Czuła w nich jakby pozę, jakby ktoś zmuszał się do gry zbyt męczącej. A choć właśnie była sztuczną i nienaturalną, lecz tylko w drobiazgach chętnie zadawała sobie ten przymus. W wielkim jakimś fakcie życiowym nie miała po prostu pojęcia, czy zdobyłaby się na „pozę”.
Ciągnęło ją jednak chętniej ku łatwym i wesołym flirtom. Było w nich więcej pudrowanej grzeczności i powierzchownego sentymentu.
Czytała z przyjemnością książki traktujące zapalczywie o tym sporcie i śledziła często, czy to na spacerze, czy w salach widowisk flirtujące pary. Sama nie zawiązała nigdy podobnej nitki. Sposób ich życia od pierwszej chwili ukształtował się lodowo i atmosfera ta przylgnęła do jej gestów i zachowania się całego. Tym odstręczała zawodowych flirtowców. Za mało miała inteligencji, aby natrafić i rozgrzać coś niezwyczajnego. I tak pozostała w roli widza, śledzącego z daleka wypadki miłosnej areny. Niemniej przecież z trwogą odwracała się od hufca „rozpienionych i splątanych w wyjące sarabandy” krzykaczy miłosnych. Flirt był łagodniejszy, przystęp lżejszy dla niej i nie tak skomplikowany. Stąd Porzycki i jego manewry przynoszące pewne rozflirtowanie zaczynały trafiać na dobry grunt.
Tuśka wkraczała powoli na arenę.
Nieśmiało, cicho, wbrew woli.
A przecież...