Na ławeczce siedział tak naprzeciw niej, czarne oczy jego śledziły ją bacznie i zarazem owijały jakby ciepłą, miękką tkaniną.

I nagle rzucił ku niej cichym, miłym głosem:

— No... kiedy się pani we mnie zakocha?

Aż ją ścisnęło za gardło; czuła, że powinna rozgniewać się, kazać mu iść precz, lecz już nie mogła.

Wolała obrócić to w żart.

— Sezonową miłością? — zapytała.

— Naturalnie. Przecież nie wymagałbym od pani nic więcej... Ot... jakby trochę kwiatów... A zresztą...

— Co zresztą...

— To samo przyjdzie!

— Co?