— A któż każe pani zapominać o obowiązkach? Ja? Niech mnie Bóg broni. Nie mam na sumieniu ani jednej mężatki, która by przeze mnie porzuciła swe stanowisko matki i żony. — Pani zaraz dosiada tragicznego rumaka i pędzi ku... przepaściom! No... czyż nie mam racji, że pani jest pozująca i nieszczera?

Tuśka nie odpowiedziała nic. Czuła, iż zaczyna obracać się w jakimś błędnym kole, że ten czar lekkomyślny i dziwny, jaki Porzycki roztacza naokoło, nie dozwoli jej zdać sobie trzeźwo sprawy z sytuacji, w jakiej staną oboje naprzeciw siebie. Ogarnia ją trochę lęku, lecz ufa swoim siłom. Tyle lat przeszła bez zboczenia z prawej drogi, dlaczegóż teraz miało stać się z nią to straszne zło?

Może Porzycki ma rację.

Może nie należy brać tak tragicznie jakiejś drobnostki, która w gruncie rzeczy nie przynosi nikomu krzywdy, a jej pozwoli przyjemnie porozmawiać i spędzić parę tygodni weselej, niż w towarzystwie z panią Warchlakowską.

Patrzy na Porzyckiego i stara się wmówić w siebie, że ten czar bijący od niego z taką siłą, to tylko miły przyjacielski wdzięk.

A to, co on mówi, to są słowa bez znaczenia.

Ależ tak, tylko słowa!

Porzycki wyciąga ku niej rękę.

— Gniewam się?

— Co znowu?...