— No... dzięki Bogu! Bo mi pani z tą swoją pruderią zaczynała coś prowincję przypominać. Nie mogłem się w pani jakoś doszukać warszawianki... No, proszę dać łapkę na zgodę!...

Z pewnym wysiłkiem, ale udając swobodę, zbliża się Tuśka i podaje mu rękę.

— Na zgodę!

Sądzi, że będzie to tylko uściśnienie ręki, ale aktor ujmuje jej rękę, całuje długo każdy palec z osobna i zaczyna się przyglądać paznokciom.

— Cacane pazurki! — mówi dziecinnym głosem.

Tuśka chce mu wycofać rękę. Ogarnia ją jednak słodkie rozmarzenie. On z taką naturalnością całuje w dalszym ciągu jej rękę, bez żadnego zmieszania, bez miłosnych spojrzeń, że i ona się powoli uspokaja. Pozostawia tak rękę w jego dłoni, a on, jakby rozzuchwalony, głaszcze swoją twarz jej ręką.

— Co pan robi?

— Popieścić!... — mówi z przymileniem. — On taki biedny! Nikt go tak dawno nie pieścił.

Tuśka gwałtem chce wyrwać mu teraz swą rękę.

— Proszę... niech pan puści!...