Ale on wygodnie ulokował swój policzek na jej dłoni i przymknął oczy.

— Nic nie ma milszego jak taka śliczna, dobra, poczciwa kobieca ręka!... — mówi głosem jakby sennego dziecka.

I milczy, siedzi tak cicho, przytulony do jej ręki, z oczyma zamkniętymi, zmęczony, jakiś nagle postarzały.

Wypoczywa.

Tak mu z tym dobrze, takie to widocznie dla niego naturalne, nie karygodne, proste, że Tuśka po prostu nie śmie wpaść w tę prostotę ze swą obrażoną godnością. On jej nawet ułatwia sytuację.

— Pani ma dobrą i przyjacielską rękę.

— Otóż to.

Padł wyraz, który jej podaje deskę ratunku.

Przyjaźń.

Tak. Pomiędzy nim a nią zawiązuje się... przyjaźń. Nic więcej. Tuśka chwyta się tej szablonowej deski z zapałem każdej kobiety brnącej w błotko w kaloszach koniecznej cnotliwości. Ma jednak tyle taktu i sprytu, że nie wymawia tego wytartego jak liczman słowa, lecz pozostawia je w głębi swej duszy. Boi się odegrać roli niemodnej romantyczki, ofiarowując mężczyźnie... przyjaźń, lecz postanawia sama przed sobą, iż tak uczyni — nie inaczej.