I zaraz mówi tonem życzliwym, przyjacielskim.
— Niech no pan idzie spać... Pan senny!
— Kiedy mi tak dobrze!
— Ale to nie ma sensu. Pan się przeziębi. Nie można rozsypiać się na powietrzu.
— Albo to prawda... Właśnie w Zakopanem każą spać przy otwartych oknach... Ja tak śpię zawsze.
Chwileczka milczenia, a potem znów senny, miły głos.
— Pani mnie lubi?
— Lubię.
— Bardzo?... Bo jak nie bardzo... to ja pójdę na jakie Liliowe albo Pomarańczowe i prasnę się łbem na dół...
— Ależ lubię pana bardzo, tylko gdy pan posłuszny.