— Nie ma pani co słodkiego? Tak przywykłem, że mi matka zawsze coś słodkiego przygotuje przed zaśnięciem. Jak się roli uczę, to jem i czas mi się nie dłuży.

— I owszem, są pana cukierki.

Podała mu sławną bombonierkę z czerwoną kokardą. Zdawał się jednak jej nie poznawać.

Znów sen go ogarniał. Nadstawił po dziecinnemu usta.

— Wybrać samej...

Podała mu do ust cukierek. Ugryzł ją nagle w palec, roześmiał się, otworzył szeroko oczy i wionął połami serdaka.

— A co? nabrałem panią! Wcale mi się spać nie chce. Idę na rozdobędę.

— Na co?

— Na rozdobędę! Dogonię swoich. Pójdziemy piechotą na Czerlę. Bajeczny widok! Wrócę rano.

Miał minę Cygana i nic nie zdoła określić tego tonu, jakim mówił „idę do swoich”.