Tuśce zrobiło się nad wyraz przykro.
A więc nie zdoła go na tyle zająć, aby zapomniał o tych swoich, którzy wydawali jej się coraz nienawistniejsi, coraz więcej ohydni i zagadkowi.
— Położyłby się pan spać spokojnie — wyrzekła białym, bezdźwięcznym głosem.
Zmiana jej głosu była tak widoczna, iż on dość subtelnie odczuwał, że Tuśka doznaje w tej chwili przykrości.
Zbliżył się do okna.
— Nie chce pani, ażebym szedł w góry?...
Patrzył na nią przenikliwie. Coś jakby uśmiech leciuchny przesuwał mu się pod skórą. Tuśka cała spłonęła, doznając wrażenia, że ktoś po prostu rozbiera ją wzrokiem.
— Cóż znowu?... — rzekła, siląc się na spokój. — Skąd panu to przyszło do głowy? Powiedziałam to jedynie z życzliwości dla pana, bo zdawało mi się, że pan rujnuje sobie zdrowie takim życiem...
— Co pani nazywa: takie życie?
Nie chciała mu powiedzieć, co wyobraża sobie pod tymi włóczęgami nocnymi w zaułkach drzemiących gór, w morzu kosodrzewiny, w czarnej, świątynnej ciemni smreków. Ogarnął ją wstyd. Przed jej oczyma mignęło rozłożone ognisko, butelki wypróżnione, śpiewy dwuznaczne i gesty nie hamowane. Lecz tego wszystkiego ona przecież jemu powiedzieć nie mogła.