Milczała, pamiętna poprzedniej z nim rozmowy.
— Niech pani będzie pewna — wyrzekł — iż ja wiem, gdzie jest granica zmarnowania się, i na niej, jak juhas na krawędzi skały, zatrzymam się w tempie! Pani nas, młodych, jeszcze nie zna. My umiemy się bawić, ale... w miarę. Te bohemie rozwichrzone to mity... klechdy... bajdy...
— Och! proszę pana... cóż mnie to właściwie obchodzi?
— Widocznie panią obchodzi, skoro pani nie chce, żebym ze swoimi na Czerlę spacerował. Ja nie umiem obejść się bez towarzystwa, a właściwie bez kobiecego towarzystwa. Poza tym jestem solid, jak c. k. urzędnik wzdychający do złotego kołnierza. Voilà!
Tuśce jakoś zepsuło to ów rozwichrzony obraz żywiołowca, jaki się już przed nią zarysował i z którym się pogodziła.
— Nie bardzo temu wierzę! — wyrzekła z uśmiechem.
— Jak pani chce. Ale skoro pani mnie pozbawia towarzystwa innych kobiet, to niech pani idzie ze mną.
— Dokąd? Na Czerlę?
— Niech Bóg broni. Ale pojutrze na przykład do Morskiego.
Aż jej serce zabiło, tak jej się uśmiechała ta wycieczka.