Tuśka postanowiła w duszy zatrzeć przed przyjazdem do Warszawy ten napis. Obecnie jednak pozostawiła go tak, jak był.
Idąc drogą, pod osłoną białej parasolki, wpatrzona w biel swych bucików, Tuśka myśli ciągle o Porzyckim. Po prostu myśleć o czym innym nie może. Tłumaczy to sobie (bo Tuśka wciąż jeszcze szuka przed sobą samą wytłumaczenia) niezwykłością zbliżenia się swego do tego zagadkowego tworu, jakim był dla niej zawsze aktor w życiu codziennym.
Gdy była młodą panienką, przeszła konieczną w tym okresie lat febrę miłości dla aktora. A więc kochała się w jednym z pięknisiów o prześlicznym profilu i nieco gardłowym głosie. Gdy zobaczyła go raz ubranego w perłowy, renesansowy kostium z krymką purpurową aksamitną i w konopiastej peruce, oddała mu swe serce bez podziału. Śniła o nim, rumieniła się, gdy ujrzała jego imię na afiszu. Był dla niej tak niedościgły, jak archanioł z trąbą stojący u stropu kościoła. Kult miała dla niego, kult i nic więcej. Nie umiała sobie wyobrazić, że ten człowiek jada kotlety cielęce i śpi na jaśku, a w niepogodę wdziewa kalosze ze zniszczoną, klasyczną, amarantową podszewką.
Gdy go raz ujrzała w jakiejś komedii w tużurku i szarych, prześlicznie zaprasowanych spodniach, doznała wielkiej przykrości. Zdawało się jej, że ktoś zbezcześcił jej ideał. Później wyjechała, wyszła za mąż i zapomniała o pięknym aktorze. Pojęcie jej o aktorach nie uległo wielkiej zmianie. Nie żywiła więcej kultu, ale nigdy nie zdawała sobie sprawy, czy ci ludzie mają swoje życie codzienne i wchodzą w linię ogólną całego społeczeństwa. Rampa dzieliła ją od nich niby jasna linia nieprzekraczalna — rampa ta istniała dla niej zawsze w pojęciach w stosunku aktorów do reszty ludzkości.
Nagle znalazła się w bardzo ścisłym kontakcie życiowym z jednym z takich ludzi. Nie przedstawił się jej z tamtej strony rampy, ale właśnie z tej, po której ona była. I widziany z tego punktu nie był panem, noszącym konopiaste peruki, krymki aksamitne i szpencery karmazynowe, lecz człowiek z krwi i kości, jak ona...
W dodatku człowiekiem, który zaczynał zabierać jej trochę czasu, myśli. Dlaczego? Czy dlatego, że był tak miły, tak układny, mimo zuchwalstwa tak sympatyczny? dlatego, że był... aktorem?
Tuśka sama nie wie. Usprawiedliwia się przed sobą, tłumaczy.
— Pierwszy raz widzę ich tak blisko... — myśli, lecz myśli równocześnie, iż rada jest, że suknia czarna będzie ładna i po jego myśli, że jej będzie w tej sukni do twarzy, i wdzięczna mu jest za to „do twarzy” ogromnie.
Idzie i mija takie same jak ona „Tuśki”, które przybyły tu dla „wytchnienia”, a idą śmiesznie zmaglowane z przodu liniami gorsetów, wydęte z tyłu jak Hotentotki, z czołami okrytymi materacem włosów, z kołnierzami pruskich oficerów, okrywającymi żółkniejące z braku światła szyje. Zmęczone, spocone, na francuskich obcasach, stanowią przedmiot szyderstw górali i woźniców, zgromadzonych białymi kupkami koło swoich „furek”. One idą pewne siebie, storturowane, ledwo dyszące, lecz spoglądające z góry na tę, która ma więcej centymetrów w pasie i nie potrafi z taką forsą i furią ugnieść sobie żołądka.
Puder funtami bywa przez nie zużywany, a bladoliliowe tony eau de lys, eau de perle, eau de fée litrami spływają spod woalek w fatalne upały południowych godzin. Ale to nic nie szkodzi. To „ogromnie kobiece” nie daje za wygrane. Urąga Tatrom, urąga przyrodzie, urąga słońcu. W pawim majestacie rozsiada się na tronie, wysadzanym imitacją drogich kamieni. Wieczysty karnawał trwa ciągle, przeciągnięty przemocą w dolinę pełną woni żywicy i słodkich błękitów, które od gór wieją jakby archanielskim skrzydłem.