I nic nie powstrzyma ręki, która gąbkę nasyca ołowianym pyłem zmęczone miejską walką powieki. Stojące na szczytach archanioły, widzialne tylko rozmodlonym w pięknie duszom, gotowe do położenia swych dłoni przebogatych w ukojenie i spokój na źrenicach tych istot, które przypadły do stóp błękitnosinych gór, czekają miłośnie chwil wielkich, chwil niezwykłych, które snują się nie znużone daremnym oczekiwaniem obok człowieka. W szczyt! w górę wzrok i w górę serca pełzające wśród bruku złożonego z chęci dobrych i pragnień nienasyconych.
Ku archaniołom nieruchomym i dziwnych ukojeń pełnym rwą się źrenice. Lecz ciąży na nich ołów eau de lys, eau de fée... ku ziemi je gniecie i tam ogryzków życiowych szukać każe.
O! to „ogromnie kobiece”, skrzydłami archaniołom równe, a przecież tak więzione w swych szczytnych objawach patrzenia w jasność swobodną i czystą! O! to „ogromnie kobiece”, zakute w stal, wybielone sproszkowanym ryżem, powleczone węglem, rozjaśnione przymusem i nieszczerością aż do potęgi gaszącej świetlane punkty życiowego piękna, o! to „ogromnie kobiece”...
Dochodzi Tuśka do swej werandy i z daleka już dostrzega samą Pitę siedzącą przy stole.
Dziewczynka nie rysuje. Jakaś osowiała, podparła główkę na rączce i ma bardzo znudzoną minkę. Gdy matka nadchodzi, wstaje i całuje ją grzecznie w rękę. Tuśka w tej chwili czuje, że to przywitanie rzeczywiście jest trochę konwencjonalne i chłodne.
— To wpływ Porzyckiego! — myśli i ma ochotę pocałować córkę w głowę, lecz Pita, nieprzywykła do tych objawów, usuwa się i powraca na dawne miejsce.
— Gdzie pan Porzycki? — pyta Tuśka.
— Poszedł do swego pokoju.
— Dawno?
— Już z pół godziny. Przyszedł ktoś do niego z wizytą...