Pita rączki złożyła w małdrzyk, nóżki wyciągnęła pod stołem, a twarzyczka jej ma wyraz małego Ajaksa.
Tuśka czuje, że się coś tam poza tą niby spokojną buzią ukrywa, ale pytać nie śmie.
— To pewnie ktoś z aktorów! — mówi zdejmując kapelusz.
— To jakaś pani — odpowiada Pita i znów patrzy trochę chmurnie przed siebie.
Tuśka nie wie dlaczego, ale jest pewna, że tą panią nie jest nikt inny, tylko Sznapsia. Milczy jednak, zabiera kapelusz i wchodzi do izby. Tam nerwowo sypie na twarz puder, zdejmuje suknie, kładzie szlafrok, przestawia krzesła, drobiazgi i czuje, że jest strasznie niespokojna i po prostu chorobliwie podniecona.
— Co mi jest?... Boże!... co mi jest? — myśli sprawdzając, że ręce jej drżą jak w febrze.
Mimo woli nadsłuchuje, czy nie doleci do niej jaki głos z pokoju Porzyckiego. Lecz jest zupełna cisza. Chwilę przemyka jej szalona myśl, aby zawołać gaździnę i poprosić, aby Porzycki do niej przyszedł. Lecz w porę przychodzi opamiętanie. Co pomyśli? Co ona mu powie? Czy nie jest wolny? Czy nie ma prawa przyjmować u siebie wizyt, nawet kobiecych? Jak ona, obca, śmie mieszać się w jego życie?
Usiadła przy stole.
Wzrok jej padł na teczkę. Otworzyła ją. Szuka papieru. Fotografie męża i chłopców leżą na wierzchu. Znane tak dobrze twarze wydają się jej dzisiaj obce. Lecz zmusza się i zaczyna się im bacznie przyglądać, jakby starała się wbić je sobie znów całą siłą w pamięć.
— To moi — myśli. — On ma swoich, ja mam także swoich.