Mimo woli przecież te „marmurkowe” twarze pozostają jakieś dalekie, zimne i obojętne. Tuśka czuje, że każda z nich to już odrębny świat i że każdy z jej synów ma także swoich, do których dąży. Atmosfery spójności nie wytworzyło nic od pierwszej chwili i teraz w oddaleniu nie ma jej i żadnej tarczy stanowić ona nie może dla Tuśki.
Może jej mąż jest jej jeszcze najbliższy, bo najmniej w nim przebija się dążności do wyodrębnienia się. Patrzy na niego z jakimś niezadowoleniem. Ta mizerna, drewniana figurka robi na fotografii wrażenie kościanego dziadka.
Gdzie czar?
Gdzie wdzięk?
Ach!!!
Tuśka bierze ćwiarteczkę papieru i pisać zaczyna. Ręka jej drży. Myśl rwie się co chwila, ale zmusza się do owego listu, tak jak do przełknięcia lekarstwa.
„Kochany mężu!...
Pisałam do ciebie przed kilku dniami. Dziś piszę znów, choć krótko, aby ci nie zabierać czasu i nie nudzić cię powtarzaniem tego samego. Pogoda jest znośna, zdrowie moje jednak nie poprawia się. Kaszlę coraz gorzej i jak ci już pisałam, z rozkazu lekarza wzięłam drugą izbę z werandą, na której ja i Pita musimy przebywać całe dnie dla zdrowia. Pita ma się dobrze i choć, dzięki Bogu, z tej strony jestem spokojna. Nudzimy się, bo nie mając odpowiedniego towarzystwa nie bywamy nigdzie”.
Nie wiedziała, czy napisać mężowi o znajomości swej z Porzyckim. Wolała jednak milczeć.
Zdenerwowanie jej wzrastać zaczęło coraz silniej. Zostawiła uchylone drzwi od sieni, aby dostrzec, kiedy owa „pani” wyjdzie od Porzyckiego.