W głosie jego czuje Tuśka żal niespodziewany. Lecz właśnie po kobiecemu ona wzmaga ostrość swych słów i intonacji.

— Źle.

— O cóż pani chodzi? Ja do pani jak do miodu. Smutno mi jakoś, idę tu po to, aby mnie pani podniosła na duchu.

Zaczęła śmiać się sarkastycznie.

— Pan smutny? Nie widać tego.

— Dlatego, że wszedłem tu uśmiechnięty? Miałem panią przerażać swoją karawaniarską miną?

— Sądziłam, że miał pan właśnie towarzystwo, które mogło pana podnieść na duchu...

Nie patrzy na niego i stara się przybrać ton mowy jak najobojętniejszy.

Ale on ma czułe aktorskie ucho, a przy tym za wiele wprawy w sprawach miłosnych, aby nie czuć drżeń tych samych, którymi dzwonił jej głos dzisiejszej nocy.

Patrzy na nią przenikliwie i nagle poważnieje. Twarz mu blednie, jakby stawał w obliczu czegoś więcej serio, przynajmniej chwilowo.