— Pan?...
Podnosi głowę i patrzy mu prosto w oczy.
Są to oczy tak piękne, tyle w nich nagromadzono łagodnego i miłosnego czaru, że jest jej rozpaczliwie smutno. Odwraca głowę i ukrywa ją w dłoni.
— Niech pani lepiej pojedzie do Morskiego Oka — słyszy cichy, melodyjny głos — taki cudowny czas, droga jak po stole, wrócimy tego samego dnia. Ja zamówię i zgodzę konie... No?... co?... dobrze?...
Wziął ją za rękę.
Całuje znów jej palce długo i ciepły prąd płynie z jej ręki wzdłuż całego ciała. Chce na niego spojrzeć. Wzrok jej padł na list do męża. Doznaje jakby pchnięcia sztyletu.
— No... do Morskiego Oka!... potem pani pojedzie.
Tak.
I to jest wyjście.
Pojedzie do Morskiego Oka i potem ucieknie. Wróci do Warszawy. To będzie jedyna jasna chwila, którą sobie opromieni życie. Zaczyna w niej rodzić się jakiś bunt za takimi chwilami.