— Chodź, mała!... — wyrzekł Porzycki — w tobie, zdaje się, nie rozrósł się jeszcze z takim przepychem chwast nieszczerości... Chodź, pójdziemy po paprocie!
Pita uczepiła się ramienia aktora. Szybko, zręcznie zaczęli zsuwać się na dół.
Tuśka patrzała na nich, jak tonęli w szmaragdach paproci i wynurzali się z nich jasnymi sylwetkami.
Gęśliki grały ciągle swą dziwną, tęskną i zawrotną melodię.
I wówczas w źrenicach Tuśki zamigotały łzy.
Jakby się ich zawstydziła sama przed sobą, szybko podniosła rękę i rozgniotła je na brzegu powiek.
Niemniej fakt był faktem.
Tuśka — płakała.
Gęśliki płakały i wypłakały na oczy tej strojnej, czarno ubranej pani dwie nieśmiałe, palące, drobne łzy.
*