— Bardzo pani senna? — pyta troskliwe Porzycki.
— Nie! — mówi trochę rozczarowana.
Jest tak rozkołysana, rozbrylantowana, że to nawet ciepłe troszczenie się o jej stan fizyczny, tak miłe poprzednio, wytrąca ją z równowagi.
— Za pół godziny możemy jechać? prawda?
— Tak, możemy! — odpowiada machinalnie.
Odwraca się, ażeby włożyć klucze w zamek, gdy nagle czuje, że Porzycki zbliżył się i ustami przylgnął do jej włosów, wysoko podniesionych na karku i odsłoniętych pomiędzy futerkiem boa a rondem kapelusza.
Przerażona, wstrząśnięta do głębi, przekręca klucz, otwiera drzwi i wpada do wnętrza pokoju.
Spoza drzwi słyszy jego głos:
— A więc za pół godziny?...
Chce odwrócić się, powiedzieć mu jakieś słowo rozżalenia, gniewu, ale spotyka się z oczyma Pity, która ubrana, umyta, uczesana, siedzi przy stole otulona pledem.