— Chodźmy sami — wyrokuje aktor.

Tuśka ma ochotę cofnąć się od tego spaceru, ale badający wzrok Pity skłania ją do pójścia.

— Pomyśli Bóg wie co — myśli schodząc w paprocie — a wreszcie muszę Porzyckiemu powiedzieć, co myślę o jego postępku.

Ale nic mu nie mówi, pomimo że uszli już dość daleko i Pita nic ani słyszeć, ani widzieć nie może. On idzie za nią i przez zęby udaje wybornie świergot ptaka. Tuśka czuje, iż najzupełniej niewłaściwie będzie wpaść z tragiczną miną obrażonej godności w tę swobodę i lekkomyślność mężczyzny, dla którego widocznie ów pocałunek nie miał znów tak wielkiej wagi.

— Co począć? — myśli — co począć? jak zacząć i jak to powiedzieć, aby się nie okazać śmieszną?...

Weszli w ciemnawą stronę lasu, pomiędzy wykroty, odarte z kory, spod których sterczą grzędami kaczeńce. Jakiś chłód aż niesie od jaworów i świerków, ciążących masą igliwia ku ziemi. Z daleka dolatuje szum wodospadu.

Czasem zarży koń przy powozie i słychać jakiś jakby jęk, jakby śmiech hulający po lesie.

I cisza, i chłód, i ciemnia rozkoszna.

Tuśka zatrzymuje się przy jednym pniu zielonym. Siada i ciągle myśli, jak ma zacząć to, co powinna mu powiedzieć. I nagle nie znajduje słów.

On natomiast przysiadł na mchu u jej stóp.