— No, nic, już o tym mówiliśmy. Niech no pani zmieni system wychowania dzieci, bo to dla nich na dalsze życie będzie zabójcze. Niech się w którym z nich obudzi kiedy trochę serca i zapragnie nawzajem serca... co będzie?

Milczała.

— Bo jedno niech pani pamięta. Ktoś, co sam serca w sobie nie pielęgnował, na próżno będzie o nie kołatał do innych... Rozumie mnie pani?

Nie odpowiada mu, ale rozumieć zaczyna.

I to także wie, że nie sposób teraz czynić mu wymówki za ów pocałunek — jemu, który tak poważnie daje jej rady co do wychowania dzieci.

Byłoby to śmieszne i nie na miejscu. Gdyby rozpoczął znów ataki, wtedy miałaby pretekst. Ale pierwsza przypominając to, o czym on zdaje się zapomniał, czy nie zrobiłaby wrażenia, iż po prostu chce powtórzenia całej poprzedniej sceny?

— Lepiej może, gdy puszczę to w niepamięć — postanawia — i udam, że nie przywiązuję żadnej do tego wagi, jak on...

— Niech no pani zbliży się trochę do Pity — zaczyna znów Porzycki — to taka cudowna istotka. Szkoda, żeby stała się drewnianą lalką... Może i sama być szczęśliwą, i innym dać szczęście... A potem i dla pani będzie lepiej. Przecież pani musi czuć się strasznie smutną chwilami, jeżeli wszyscy tam u was jesteście takie mumie egipskie, co?

Nazrywał mchów, dziwnie różowo kwitnących, i delikatnie przetyka nimi koronkowe wstawki, którymi dół jej sukni jest przystrojony.

Tuśka szybko jak błyskawica czyni z sobą obrachunek życia i widzi zupełnie jasno, że często czuła się bardzo zdenerwowaną, a w nocy zwłaszcza budzi się z uczuciem strasznym samotności i sercem ogromnie ścieśnionym. Teraz rozumie, dlaczego jej tak było. Za wiele obowiązku, za mało serca.