— Tak... — odpowiada cicho — tak!...

— Co „tak”?

— Było mi smutno.

— No... więc. Czemu sobie życie zatruwać? To jakby ktoś mógł w piecu zapalić, a siedział w zimnie i marzł. Ja miałem bardzo miłe dzieciństwo. Moi rodzice strasznie się kochali. Widziałem ich zawsze całujących się i mających sobie coś do szeptania. Nie...! nie... oni nie byli z drewna ani względem siebie, ani względem mnie.

Zamyślił się chwileczkę i dodał:

— Bardzo, bardzośmy się wszyscy troje kochali!

Tuśka stawała się coraz niepewniejsza.

— A dziś... — ciągnie dalej Porzycki — dziś rezultat ten jest, że się nie mogę obejść bez miłości!

Tuśka podnosi głowę tryumfująco.

— A widzi pan! — woła.