— Boże! co za słowo!... A moja matka bardzo mnie chwali i nawet jest ze mnie dumna.

— Bo matka zapewne nie wie.

— Czego? Moja mama wie, że ja zawsze się muszę w kimś podkochiwać.

Teraz ją wzięła ochota klasnąć w ręce i zawołać: Co za wyrażenie! ale się powstrzymała, tym bardziej że strasznie ją przejęła goryczą myśl o lekkości, z jaką on nazywał swe uczucia.

Podkochiwał się...

Nawet nie kochać, ale podkochiwać.

Powstała z pnia i zaczęła z sukni strząsać girlandę różowych mchów.

— Chodźmy do Pity.

— Chodźmy.

Idą powrotną drogą, ale w niej nagle nurtuje chęć jakiejś zemsty. Za co? sama nie wie, ale nurtuje.