— Przyznam się panu — zaczyna mówić idąc wśród głazów i paproci — że gdybym była matką pana, nie byłabym znów tak bardzo dumna. Przeciwnie. Takie podkochiwanie się dla pana miłe, a dla innych...

— Niby dla tych, w których ja się podkochuję?

— No... tak.

— Jeszcze milsze. O!... na przykład pani... proszę pani powiedzieć, czy pani nierada, że...

Przerwała mu dość wyniośle:

— Zechce pan mnie w tej chwili nie mieszać. Ja mówię o tych innych. Taka Sznapsia, ja ręczę, ona jeszcze coś dla pana czuje, a pan tymczasem nie jest wolny.

— Ja?

— Tak. Będę szczera. Przyznam się. Czytałam jedną korespondentkę bardzo czułą, która do pana przyszła. Widzi pan, że jest ktoś, kto ma do pana silne prawa... a pan...

Wybuch śmiechu przerwał jej mowę.

Aż rozegrało się pod smrekami od tego śmiechu.