— Daję pani na to słowo.
— Niech się pan z nią ożeni.
— Ja?...
Nowy wybuch przeciągłego śmiechu i znów powaga.
— Ja się tam kiedyś ożenię może... a co do tej kobiety, to pani ją sama pozna niezadługo.
— Przyjeżdża do Zakopanego?
— Tak.
Tuśka zagryza usta. Wszystko wydało się jej niepojętą mieszaniną bólu i miłych uczuć, których już rozróżnić nie może. Oburza ją przecież cynizm tego człowieka. Ją, Sznapsię i tę trzecią — wszystkie razem wiąże w jedno i gra z nimi jak z tymi mchami, które przed chwilą wpinał w brzeg jej sukni.
Teraz znów zapowiada przyjazd tamtej nieznanej i narzuca ją Tuśce za przyjaciółkę. Tego za wiele. Ale on nie zdaje się dostrzegać jej oburzenia. Rwie całe masy naparstnic i rzuca na nią tak szybko, iż tchu złapać nie może.
— Zazdrość w żółtym chadza kolorze! powiedział mój przyjaciel Szekspir — woła i chwyta ją pod łokieć, umożebniając jej zbyt trudne pośród zwalonych pni przejście.