I zaraz woła czystym, śpiewnym głosem:

— Pito!... Pito!...

Dochodzą do wierzchu.

Pita siedzi jak Budda w głębi powozu. Nie patrzy w stronę nadchodzących. On podbiega ku niej i wykrzywia pociesznie swoją twarz ruchliwą.

— Panna Zązel! panna Zązel de domo Odętowska, herbu Mucha w nosie... Zaraz przeprosić mamusię!... prędzej...

Ale Pita, drewniana i sztywna, patrzy na niego wyniośle.

— Fiu!... co za spojrzenie! proszę siadać...

Pomaga Tuśce wsiąść do powozu i z ogromną zmiennością przestaje zupełnie zajmować się Pitą.

Natomiast zwraca całe swe staranie ku Tuśce. Podaje jej kwiaty, otula szalem i zaczyna opowiadać niezliczone, kulisowe angedotki, nadzwyczaj dowcipne i zabawne. Jest w nich spryt i wdzięk, jest w nich pewna nutka rozumnej wesołości i Tuśka mimo woli zaczyna brać w nich udział. Zapomina o Sznapsi, o pocałunku porannym, o tej, która ma przybyć — wsłuchując się w dźwięk głosu aktora, patrzy na jego ciemne źrenice, wesołe, różowe usta, szaloną wyrazistość rysów i niejako rzeźbi te wszystkie szczegóły w swej pamięci.

Wymijają całe szeregi powozów jadących w stronę Morskiego.