Ona siedzi cicha i prawie nieruchoma.
Oczyma błądzi po drodze, po smrekach, po przechodniach.
Jest jeszcze więcej zamknięta w sobie, więcej tajemnicza niż dawniej.
Natomiast Tuśka tonie powoli w jakimś sentymencie skomplikowanym, którego by określić nie potrafiła. Odrzuca na bok wszystko, co jest złe, i wybiera jak kwiaty z więdnącego bukietu samo miłe. Nie chce myśleć także, ile ją będzie kosztowała dorożka, która przebyła noc całą przy Morskim Oku.
— I tak pojadę — myśli zagłębiając się w białe futerko.
Porzycki, w miarę jak się zbliżają do domu, staje się coraz milszy, a oczy jego nabierają coraz bardziej ciągnącego wyrazu. Rzuca nawet jedno zdanie, które elektryczną iskrą przebiega po Tuśce:
— Kiedy przyjadę do Warszawy...!
A więc rzeczywiście. On może przyjechać do Warszawy. Ale cóż stąd? — przyjedzie jako aktor na występy może. Wpadnie w teatr, w ten wir, chaos, pomiędzy nowe aktorki.
Czy będzie pamiętał o Tuśce, o Morskim Oku?
Jakby w odpowiedzi na jej myśli Porzycki mówi: