— Napije się, rozbierze go bardzo niewiele, prześpi się i mam spokój!

Ciężki, dyszący oddech śpiącego mącił ciszę ciemnej chaty.

— Ależ kobieto... pomyślcie... robicie źle, przyuczacie go do pijaństwa.

— Hale!... wole, niek będzie pijok niz co jensego. Na wódcysko mnie zawse będzie stać... niek pije.

Wpiła w niego oczy ogromne, płomienne, fatalne.

— Niek pije!

Na ziemi jak skrzydła odarte leżała przy łóżku Józkowa biała guńka, a na niej rzucona ciupaga, ta sama, która wybiła tyle „stupeni” w skale, aby jego lotne stopy mogły go nieść wyżej! wyżej!...

Światłem rozpylonego słońca, na szczytach przepotężnych gmachów, co przebijają chmury i ku niebu dźwigają się harde — biegał on, śmigły, depcąc szuwary i stokrocie, wypatrując kozice — on, zbójnicki wnuk z krwią wrzącą w żyłach, w tatrzanne, swobodne życie.

Biegał on lekko i zwinnie po ścieżkach tak wąskich, że na dwie stopy miejsca nie było, a po jednej ręce tylko przepaść i opieka Boża.

Wpatrzył się w szare, zębate, nagie turnie, przywarł się do nich duszą, wzrokiem i myślał: