— Moje wy, moje! hej!...
Jakby nad morzem bezdennym, tak pochylał się nad dolinami, a na nich biała mgła kłębiła się falami, topiła się w błękit, złociła, aż wreszcie wchłonięta przez ciemnicę lasów zginęła w przestrzeni.
I myślał on wtedy:
— Moje wy, moje...
Czasem ponad przepaścią porwał go szał radosny nad tym, że żyje, nad tym, że jest taki silny i gibki, że jest zdolny śmigać jak koza po wierchach, i rozpuściwszy gunię jak skrzydła białe nad przepaścią zawrotną jął krzyczeć i dreptać, a głos jego wielką szczęśliwością daleko płynął i wracał do niego echem jeszcze szczęśliwszy, jeszcze młodością silniejszy.
Tak było.
Dziś Józek oddycha ciężko w dusznej, ciemnej chacie.
Bezprzytomny, w gorących betach traci siłę swoją. Guńka skrzydłami białymi przypadła mu do ziemi.
Ginie, marnieje.
U jej stóp, na straży, spalona namiętnością i słońcem na brąz, na stal, czuwa Wikta, wpatrzona w śniącego głębią swych rozpalonych, czarnych źrenic.