— Niech pije, niech śpi!

Tuśka czuje, że w tej chacie zanadto rozwielmożniły się własne sprawy, aby dla jej osamotnienia i potrzeby zamienienia słów kilku bodaj znalazło się miejsce. Cała tragedia namiętności wielkich, żrących się z sobą, graniczących nawet ze zbrodnią, kłębi się w obrębie tej chałupy.

Tuśka powstaje i już przy drzwiach mówi:

— My pojedziemy w tych dniach z powrotem, gaździno.

Obidowska w jednej chwili zapomina o Józku, o swych tragediach życiowych i widzi tylko umniejszenie sezonowego zarobku.

— Jak to? — mówi marszcząc brwi — a jakże co ze mną myślom?

— Macie zapłacone za sezon, więc nie macie do mnie pretensji.

— A mlicysko?

— Sprzedawać będziecie komu innemu.

— A chodzenie po obiady?