Gdy oczy zamyka, widzi ciągle jedno.

Tych dwoje idących złotą od słońca drogą, takich zbliżonych, takich dla siebie bliskich, takich „nie drewnianych”.

Ogarnia ją coraz większy żal.

Tuli twarz u poduszki.

Leży nieruchoma, leży długo, długo.

Pukanie do drzwi — i w ślad za tym ktoś wchodzi do izby.

Szeleści suknia, słychać kroki mężczyzny. I jego głos:

— O! pani śpi...

Tuśka porywa się z łóżka.

— Nie, nie, nie śpię.