Przed nią stoi Porzycki, a obok niego kobieta ubrana w czarną grenadinę i czarny kapelusz.

Tuśka spotyka śliczne, czarne oczy, oczy Porzyckiego, wpatrzone w nią, bladą, ściągłą twarz obramowaną pasmami ciemnoblond włosów i blado, poczciwie uśmiechnięte usta kobiety, którą los i niedola tak smutno uśmiechać się nauczyły.

Pytający wzrok Tuśki biegnie ku twarzy Porzyckiego.

On z uśmiechem nieokreślonej dumy i radości ręką nieznajomą wskazuje:

— Moja matka!

Z serca, z duszy, z oczu Tuśki opada czarna zasłona.

To słowo znów rozsłonecznia jej wszystko. Wyciąga rękę ku przybyłej z niebywałą u niej serdecznością.

— Jakże się cieszę!... — mówi — i zwraca się w miłym zmieszaniu do córki:

— Pito!... matka pana Porzyckiego!

Białoróżowa laleczka podchodzi.