— Och, Lulu! — mówi z wyrzutem — ja o tym nie myślałam.
I z tego poblednięcia, z tonu tego głosu, niemal przerażonego, czuć łatwo, że ta czysta dusza nie tknęła myślą tego, co jest w miłości najgorsze, najfatalniejsze i najwięcej wiążące lub odpychające.
Zapadło milczenie.
Porzycki czuł, iż przekroczył granice, że powiedział to, czego wobec matki wymówić nie powinien.
Ona zaś zmartwiała, bynajmniej nie uspokojona, lecz przeciwnie, nagle przypuszczająca możliwość tego najstraszniejszego faktu, który dla niej poza uświęconym związkiem przybierał rozmiar zbrodni.
I ogarnęła ją ogromna trwoga o tamtą kobietę i o to dziecko, które stały nad przepaścią. Kobieta przez możność upadku — dziecko przez stanie się córką kobiety upadłej.
Zwróciła strwożone oczy ku synowi.
— Lulu!
Szybko zbliżył się ku niej i przy jej kolanach na ziemi przysiadł.
— Co, matuś?