Porzycka która już wstała i przy stole przygotowywała sobie proszek, zapytała nagle:

— A jej mąż?

Nastąpiła chwila milczenia.

To słowo, wpadające nagle w tę sprawę niezbyt czystą, przywodziło ze sobą wspomnienie o istnieniu człowieka, o którym wszyscy zapominać się zdawali.

— Jej mąż? — podjął wreszcie. — Jej mąż, jeżeli jest człowiekiem uczciwym, nic sobie z plotek robić nie będzie!

Głos jego był jakiś niepewny. Czuć było, iż w to, co mówi, nie bardzo wierzy i że pragnie po prostu, przerwać przykrą dla niego rozmowę.

Za chwilę rzeczywiście wyprowadził rower i pognał na nim jak szalony w stronę miasta.

Porzycka jednak uspokoić się nie mogła.

Postanowiła nie mówić nic Tuśce o otrzymaniu anonimu, pragnęła jednak przed wyjazdem zapewnić się, iż nie stanie się nic takiego, co może zniszczyć spokój całej rodziny i zatruć kobiecie jej przyszłość.

Z oczyma utkwionymi w ginącym w mroku obrazku Matki Bożej, który Lulu zawsze i wszędzie z jej woli miał nad łóżkiem, leży Porzycka, szarpana wielkim niepokojem. To brzydkie, to ludzkie, to zakrywane do tej chwili przed nią — zdrada, wiarołomstwo, naruszenie przysięgi zaczyna tłoczyć się ku niej widmami o trujących, strasznych oddechach. Okalają ją wieńcem, wypełzają z kątów. A ona — kobieta siwa, zwiędły kwiat mogilny — drży przed ich zbliżeniem.