I obrony innej nie widzi, tylko ten drobny obrazek w pluszowej ramce, emaliowany, z którego wygląda twarz słodka i jasna jak jutrzana gwiazdka.
— Matko Boża!... broń ich! broń!...
Ściemnia się zupełnie. Razem z tą ciemnią jaka zapadła na tę chatę góralską, jakaś tragiczność zaczyna upiornie rozpościerać swe skrzydła.
Porzycka czuje się bezsilną. Rozumie, iż życie jej nie było tą prawdziwą cząstką wybujałości i rzeczywistych treści życiowych. Przeszła jak cień w swej uczciwej, białej szacie kochanej żony i matki. Dobrocią swoją i nieskalaną bielą swej duszy przeszkadzała często spełnieniu się czynów złych, lecz były to czyny drobne, nic nie znaczące wobec spiętrzenia groźnych fal namiętności, niepowściągalnych, ścierających się w centrze życiowego terenu.
Czy jej słaba, blada i smutna dobroć potrafi zażegnać choćby tę ciemnię tragiczną, wśród której co raz silniej rozwijają się złe instynkty mieszkańców tej chaty?
Czy ona to może?
*
Słyszy, iż po dziedzińcu chodzi Tuśka i syn jej — chodzą, rozmawiając przyciszonym głosem. Nie słyszy wyrazów, ale sam ton ją trwoży. Nie wie, ale może tak rozmawiają właśnie ludzie w przededniu upadku. Wstaje szybko, narzuca okrycie, wychodzi przed dom.
Oddalili się.
Zniknęli w ciemni, wśród belek nagromadzonych do budowy nowego domu.