Śmieją się.

Słychać głos Lulu. Wtóruje mu Tuśka. A potem nastaje znów cisza. Porzycka powoli przyzwyczaja się do ciemności. Dostrzega syna, Tuśkę, jak oparci o belkę, nadzwyczaj blisko, prawie przytuleni do siebie znów coś szepcą.

— Matko Boska! chroń ich!...

Na niebie wyiskrzyły się gwiazdy. Od świeżo skoszonej łączki zanosi sianem, aż serce podrywa.

Porzyckiej opadły ręce. Stoi coraz więcej smutna i bezradna.

— Co począć?

Nagle jakaś drobna rączka wsuwa się pod jej ramię. Mała postać lgnie ku niej jak kwiatek wichrem przygnany.

I głosik cichutki:

— Już panią głowa nie boli?

Pita w swym narzuconym na ramiona żakieciku tuli się do niej nieśmiało.