Co za cudowna subtelność naszej mowy, ten odcień drobny nic nie znaczący.

Kochać.

I kochać się!

Kochać — to ukochać tę drogą istotę z całym bólem, jaki nam sprawiać mogą jej wady, jej występki, kochać przez łzy, przez ból, przez cierpienie.

Kochać się?

Kochać siebie w tej miłości, a to jest wszystko, co daje nam zadowolenie, co nas mile po sercu głaszcze, co nas wywyższa w naszych oczach, podnosi i pochlebia.

I Tuśka kochała siebie taką, jaką wiedziała, że jest w oczach Porzyckiego, lub jaką się jej zdawało, że jest w oczach Porzyckiego.

Lubiła, gdy śledził jej ruchy, jej gesty, i starała się uczynić je piękniejsze, więcej przepojone gracją. Rozmiłowany po aktorsku w fatałaszkach i świecidłach, znał się dobrze na szczegółach stroju kobiecego, i tę znajomość, nabytą po garderobach koleżanek, aplikował zwykle w swych miłostkach i flirtach. Nigdy Tuśka nie rozumiała tak wartości doboru kolorów, linii sukni, piękności ornamentacji, jak w jego słowach, którymi owijał ją niejako jak przędzą kunsztowną. Zwracał uwagę na każdy najdrobniejszy szczegół ubrania jej i Pity — przyglądał się klamrom pasków, „szczoteczkom”, którymi suknie na dole były podszyte, guzikom rękawiczek, deseniom mereżek przy bluzkach — liczył zakładeczki na rękawach i liczbę wstawek strojących karczki sukien. Co do biżuterii, miał ją w pogardzie i tylko tolerował u kobiet jedne i te same zwykłe kolczyki i jeden lub dwa pierścionki.

Tu mogła Tuśka uczynić zadość jego wymaganiom. Miała bardzo piękne turkusy oprawne w rozety i zaczęła je nosić codziennie. Od razu zyskały jego aprobatę. Ten śliczny kamień czarująco przebijał przez chmurę złocistych włosów, jak bławatek przez snop zboża. Kilkakrotnie zwracał na to uwagę Tuśki i mówił do niej ze ślicznym uśmiechem:

— Kocham się w jej kolczykach!