Tuśka gniewnie brwi zmarszczyła.

— A czy koniecznie pan musi grać jakąś sztuczkę? Czy nie może pan powiedzieć monologu?

Porzycki pokręcił głową.

— Komitet prosi o sztuczkę, a że już przyrzekłem...

Deszcz pada, chmurno, brzydko. Całe strugi ukośnie sieką o szyby i Tuśka aż drży ze zdenerwowania. Porzycki odziany w gumową pelerynę chodzi do miasta drwiąc z ulewy. Wczoraj powrócił późno i zdawało się Tuśce po odgłosie jego nierównych w sieni kroków, że nie był trzeźwy. Gdzie chodził? Z kim spędził wieczór? Nie mogła się go spytać. Bała się po prostu. Gdyby jej z dawną otwartością powiedział, że bawił się w gronie koleżanek i kolegów, czuje, że wybuchnęłaby płaczem. A wtedy musiałoby dojść do wyjaśnienia sytuacji.

I...

Naturalnie Tuśka ani na chwilę nie przypuszcza możliwości jakiegoś ostatecznego upadku, ale jeśli on w tym rozżaleniu jej wyczyta to, co się w niej dzieje, będą musieli wybrać jakiś modus vivendi dalszy. I kto wie, w co się to obróci! Cały czar pryśnie wobec tego, że ona nie jest wolna...

W południe następnego dnia wchodzi do niej Porzycki blady jakiś — znudzony. Chłodem powiało od niego nagle. Tuśka od razu to odczuła.

Nie spojrzał nawet na jej fryzurę, która dnia tego była piękniejsza i staranniejsza niż zwykle... Zajął się poprawianiem rysunku Pity, która mozoliła się przy stole nad arkuszem papieru.

Tuśka owinęła się w szal i usiadła przy piecu, w którym skwierczało parę szczap drzewa.