Porzycki marszczy brwi.
— Cóż tam za diabeł? — mówi. — Kazałem nikogo nie wpuszczać.
Patrzy przez chwilę i nagle się rozjaśnia.
— Servus! — woła — chodźcie tu...
Zwraca się do Tuśki:
— To nikt!... to nasi, dowiedzieli się, że mamy próbę i przyszli.
Tuśka z trwogą najwyższą patrzy na tych „naszych”, jak idą, rozwiewając peleryny, potrącając krzesła, śmiejąc się, dowcipkując, pewni siebie i na swoich „śmieciach”, bo w teatralnej sali. Ta cała banda, która szła drogą świetlaną, śpiewając kanconę, idzie teraz, ku niej zwrócona, tak samo wesoła, bez troski zbierająca miód z życia i piękno, i to, co niesie rozkosz choćby chwili.
Podeszli do rampy, witają się z Porzyckim, który przykląkł przy kinkietach.
— Jak się masz, stary?
— Jak się macie?