— To przecież bardzo łatwe, bo pani jest bardzo inteligentna i rzeczywiście bardzo zdolna — mówi dalej aktorka, opierając się o podium sceniczne.

Podnosi swą twarz ku Tuśce i ta natychmiast w tych zmęczonych oczach, w tych regularnych, ale jakichś smutnych rysach poznaje Sznapsię.

— Pani pozwoli, ja się przedstawię... jestem Markowska. Dlaczego pani mówi: „będę czekała na pana”, kładąc główny nacisk na — pana, kiedy się bez tego może obejść?... — Niech panie powie jednostajnie: — Będę czekała na pana.

Tuśka zmrużyła oczy i patrzała z góry na czarno ubraną aktorkę, która w szarym świetle sali wydawała się cała jakby pyłem przyprószona.

— Ona ma rację!... — przyświadczył Porzycki. — Pani zanadto wybija!

— Nie jestem aktorką z zawodu! — odcięła się Tuśka.

Porzycki szarpnął się niecierpliwie.

— Ach, Boże! nie o to tu idzie — wyrzekł — zawód, nie zawód, mniejsza z tym. Skoro się ma coś robić, należy zrobić dobrze... Tylko ja nie mam daru nauczania...

Zwrócił się do Markowskiej, ciągle o podium opartej.

— Słuchaj... może ty z panią rolę przejdziesz, jako kobiety łatwiej się porozumiecie.