Nic nie zdoła opisać podrażnienia dumy, jaką uczuła w tej chwili Tuśka.
Ta kobieta, u jej stóp stojąca, wydała się jej czymś tak od niej dalekim i tak nędznym w porównaniu z nią samą, iż ta pycha zaczęła ją dławić i doprowadzać do wściekłości.
— Owszem! — odparła Sznapsia — ja... najchętniej. Mam dużo czasu, jestem gotowa... A kiedy?
Porzycki dalej się rozporządzał.
— Najlepiej jutro. Bądź ubrana o trzeciej. Przyjadę po ciebie fiakrem i przywiozę do nas, na Skibówki.
— Doskonale.
— Tylko się nie spóźnij po swojemu.
Roześmieli się wesoło. Przypomnieli sobie niejedną scenę z powodu tego wiecznego spóźniania się Sznapsi. Porzycki rozjaśnił się i z widocznym upodobaniem spojrzał na aktorkę. Ona mu nawzajem wzrok ten z równą sympatią oddała.
— Więc jutro?
— Na dziś przerwijmy próbę, bo jakoś nie idzie.