— Doskonale — myślała Tuśka. — Układają się bez zapytania nawet, czy ja się na to zgadzam, czy życzę sobie, aby taka pani przestąpiła próg mego domu... Tego dopuszczać się mogą tylko aktorzy.

Zeszli ze sceny i skierowali się ku cukierni. Gdy weszli do sali, jeden z aktorów zaproponował natychmiast:

— Napijemy się co ciepłego...

— Naturalnie.

Weszli do osobnego gabinetu, mając Tuśkę w pośrodku. Tuśce zdawało się, że idzie po rozżarzonych węglach. Nie wiedziała, jak się wyrwać, co począć. Teraz, gdy ci rośli, strojni, zdrowi ludzie otaczali ją, czuła się onieśmielona i przerażona. Siadali za stołem z hałasem. Zsuwali stoły. Kelnerzy usługiwali im chętnie.

Markowska stanęła obok Tuśki.

— Porzycki mówił nam, że pani ma duży talent — wyrzekła nadzwyczaj miłym głosem, który po prostu za serce ujmował — i widzę, że pani rzeczywiście jest utalentowana...

Tuśka czuła, że powinna coś odpowiedzieć.

— Pani zbyt łaskawa.

— O! nie... ja jestem szczera. Ja powiedziałabym pani prawdę. A może pani chce się scenie poświęcić?