— Więc myślał o niej!...

Zamyka drzwi i znów wicher wstrząsa chałupą tak, że zdaje się, rozniesie ją na skrzydłach nietoperza.

I te konfesjonały, w których księża patrzą smutnie przez koronkę kratek, i te palmy, poza którymi grzeczne dzieci z Wareckiej ulicy stoją milczące i ciche....

Grzech!... grzech!...

Tuśka kładzie na stole ciastka, różę i dzienniki i zbliża się do łóżka. Obok, na stoliczku, leży książka do nabożeństwa, strojna książka, oprawna w perłową masę, jedna z tych książek, które stanowią dopełnienie niedzielnego stroju.

— Pomodlę się!... — postanowiła Tuśka. — Mogę; mam prawo, nie popełniłam jeszcze nic złego...

A tu znów płazy czołgać się zaczynają i syk wszczyna się po kątach.

— Grzech! grzech!...

Strojna książka z ręki Tuśki wypada i smutek kłębami, jak chmury przed burzą, wali się ku niej.

Tuśka pada twarzą na poduszki i pozostaje tak bez ruchu, gdy nad nią rozszalałe skrzydła szarugi biją z piekielną wściekłością o pazdur sadyby.